Przez 4 pół miesiąca jedyne to mi się stało, to zginęło 100 soles podczas podróży do centrum (nie wiem czy to się stało w autobusie czy na ulicy), ale to musiała być moja wina, bo włożyłam je do trochę luźnego biustonosza i musiały wypaść (NO BO JAK INACZEJ?! xD).
Naczytałam się mrożących krew w żyłach historii (od prawie wszystkich Polaków piszących o bezpieczeństwie w Peru), kilka tygodni przed wyjazdem prawie dostałam zawału słuchając słuchowiska na temat dwóch Amerykanek, które wzięły z lotniska bezpieczna taksówkę i zostały okradzione do zera, podsumowaną stwierdzeniem "w Peru NIE MA bezpiecznych taksówek". Już po pierwszym tygodniu się uspokoiłam widząc, że w częściach Pueblo Libre, po których się poruszam jest cudownie, spokojnie i bezproblemowo. Potem było szkolenie z bezpieczeństwa, na których napędzono nam mocno stracha, ale tak już po miesiącu wszystkie moje strachy zniknęły. Z mojego doświadczenia jest to najnormalniejsze miasto, a kradzieże zdarzają się tak jak i w każdym polskim mieście. Moje wyobrażenie przed wyjazdem było takie, że na każdym kroku jestem obserwowana pod kątem jak by mnie to okraść i że złodziej czai się za każdym rogiem. Pueblo Libre, mimo, że nie jest dzielnicą gringos jak Miraflores (możliwe że jedynymi ludźmi o europejskich rysach byliśmy tam my, mieszkający tam studenci z wymiany), to nawet nie widzisz zaskoczenia czy zdziwienia na twarzach ludzi, kiedy cię widzą. Wszystko normalnie ^^. Według rankingów i różnych źródeł, w których sprawdzałam, czy w jakiejś dzielnicy jest bezpiecznie, czy nie, Pueblo Libre było jedną z mniej bezpiecznych, San Miguel jeszcze mniej. Niczego takiego nie zauważyłam, nawet w San Miguel. Podobno chodzenie Av. Universitaria miało być niebezpiecznie. Szłam raz nawet po 20stej i czułam się jak w Krakowie. W Cuzco też kilkakrotnie wracałam ok 20stej i czułam się jeszcze bardziej jak w Krakowie.
Podobno było podczas mojego pobytu jakieś 4-5 "temblores" (malutkie wstrząsy), czego dowiedziałam się od znajomego z San Juan de Lurigancho (tam mocno odczuwają). W Pueblo Libre czy San Miguel były nieodczuwalne. Odczułam tylko jeden (w SJdL poczuli mocniej) ale trwał tylko kilka sekund, łóżko trochę powibrowało, ale zanim do mnie dotarło co się dzieje (spałam), to się skończyło. Mojej współlokatorki nawet nie obudziło.
W centrum jest tłum, ale też nigdy nic mi nie ukradziono (oprócz tamtego z własnej głupoty). Ale muszę też przyznać, że nigdy nie byłam w centrum w pojedynkę.
Aha, muszę dodać, że jak przystało na mocno strachliwą osobę nie wychodziłam po zmroku (w ogóle! tylko kilka razy z kimś, a sama tylko w najbliższej okolicy domu), nie byłam na żadnej imprezie, chowałam pieniądze i ważne rzeczy do wewnętrznych kieszeni kurtki, do kieszeni spodni czasem, jak już nie miałam gdzie to do torebki czy plecaka, ale starałam się jakoś nie na wierzchu. Ani razu nie jechałam taksówką sama (koleżanka tak i nic jej się nie stało, nawet wzięła z ulicy). Gdy potrzebowałam taksówki to prosiłam znajomego peruano, który zna wielu taksówkarzy, żeby podesłał jakiegoś kolegę. Mototaxi pojechałam raz z kolegą peruano. Jeździłam sama autobusem czerwono-szarym linia 209, nic mi się nie stało. Także może dlatego nie mam smutnych doświadczeń! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz